Rynek

Niewielkie miasto, zbudowane u stóp gór klifowych. Naturalne fortyfikacje są wystarczającą obroną dla mieszkańców, którzy szukają tu spokoju, władzy i bogactwa. Chociaż mroczna przeszłość miasta nie zachęca osadników, Minaloit ma przed sobą świetlaną przyszłość.
Awatar użytkownika
Mork
Posty: 90
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:57
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2493

Rynek

12 mar 2013, 23:18

Obrazek
Rynek wydawał się miejscem niemal zabytkowym. W tak zapyziałej dziurze jak Minaloit nie można się spodziewać niczego lepszego. Po pierwsze to miejsce było małe. Cały jarmark zakreślał się w koło oplatające ratusz. Była to większych rozmiarów brukowana ulica na którą co jakiś czas witali kolejni handlarze. Na targ z dość odległych od Minaloit wiosek, przybywali pasterze by sprzedać to co wyhodowali. Były więc: krowy, konie, świnie, koguty, owce. Nie było ich zbyt wiele, jakość także pozostawiała wiele do życzenia, jednak to one były głównym źródłem mięsiwa dla miasta. Pojawiali się także rolnicy, prości chłopi oderwani od pługa, by przejechać raniutko na targ i sprzedać warzywa które zdołali zebrać. Bardzo pospolite, stosunkowo tanie, aczkolwiek dobre i świeże. Ich zapach mieszał się z zapachem potu oraz żywego inwentarza. Choć ta część rynku zdawała się przeważać, czasem pojawiali się tutaj zgoła inni handlarze. Gdy pora sprzyja z gór schodzą łowcy polujący na ryby w zimnych, przejrzystych potokach. Są one zwykle dość świeże, zdarza się jednak, iż nieuczciwy handlarz wrzuci gdzieś na stos starą część ogona. Niestety, tych płetwiastych, mięsistych przysmaków w Minaloit nie widzi się zbyt często. Są raczej okazjonalnym rarytasem niżli podstawowym dobrem. Idąc dalej tą małą ostoją handlu można napotkać stragany z prostymi ubraniami, bronią oraz przedmiotami użytku codziennego. Dobra znalezione tutaj nie są najwyższej jakości. Zakrawają o przeciętne, jeśli patrzeć na nie optymistycznym okiem. Wśród nich biegają zwykle małe, posiniaczone i brudne dzieci, bawiące się w gonitwy, bądź szukające straganu, który mogłyby okraść. Przestępczość w tym miejscu jest raczej niska, zdarzają się jednak kieszonkowcy żądni podwędzić sakiewkę bądź dwie. Straż, przechadzająca się po rynku, pilnująca jednocześnie ratusza, bardzo poważnie traktuje takie przestępstwa.

Od czasów pojawienia się krasnoludów ze Złotego Wąwozu poziom rynku trochę się podniósł. Kramy stały się nieco większe, więcej kupców przybywało aby zaoferować swe towary. Więcej gęb do karmienia, więcej ciuchów do załatania bądź sprzedania. Interes począł się rozkręcać, nie zmieniło to jednak faktu jakim była ubogość tego miejsca. Minaloicki rynek nadal był zabitą gwoździami stertą desek otaczającą ratusz. Powróćmy jednak do rzeczonych brodaczy. Ci skromni, dobrzy ludzie nie znali pojęcia etyka interesów. Dla nich handel polegał głównie na krzyku i machaniu co tam w łapę wpadnie. Jarmark był więc zawsze gwarny i wesoły. Krasnoludy wrzeszczały, kłóciły się, wywoływały burdy (uciszane szybko przez straż) oraz klęły siarczyście. Gorąca krew tych małych jegomości była zaletą a jednocześnie wadą. Wykłócą się o każdą cenę, nawet jeśli oznaczała by pobicie kupującego. Dlatego właśnie, paradoksalnie, częściej z rynku wypadali kupcy niżli pospolici wandale.

Pozostaje jedynie ostatnia kwestia– krasnoludzkie wyroby. Gdy brodacze ze Złotego Wąwozu przyjechali tu po raz pierwszy szukali zarobku. Jeśli go znaleźli, powodziło im się dobrze. Jeśli nie, potrafili kończyć na ulicy sprzedając wszystkie swoje najwartościowsze przedmioty. W krótkim czasie Minaloicki rynek wzbogacił się o towary luksusowe. Mała ich ilość wpłynęła oczywiście na cenę jaką osiągają. Lecz jeśli dobrze poszukać można znaleźć prawdziwe rarytasy takie jak biżuteria, broń czy prawdziwe krasnoludzkie narzędzia.
------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Nie wiedzieć czemu szedł całą noc. Może to przez te wiecznie rozkrzyczane Mysie Mordy, potwory o piętnastu twarzach i posturze człowieka. Nie był jednak pewien, żadnej nie spotkał. Mimo wszystko, to musiała byś ich wina. Nienawidził ich całym swym cudownym sercem. Sercem przepełnionym takim bólem, iż mógłby zalać on całe to miasto i jeszcze przyzwać wielkie potwory morskie. Zmiotłyby one tedy całe to zawszone centrum świata a następnie, na czele z Morkiem, powędrowałyby na Wolenvein! Tak, ten plan był niezwykle dopracowany i jedynie ten dziwny, mały pajączek powstrzymywał go przed wypełnieniem powinności jaka należała się światu. A właściwie, co on tutaj robił? Taki mały, włochaty, miał pięć nóżek, pewnie mutant z dodatkową, o dwudziestu dwóch ślepiach. Mork to wiedział, uczył się kiedyś liczb. Tylko kolejność jakoś mu się zaplątała. Miał wrażenie jakby stworzonko było mu dziwnie bliskie, niczym dawno zapomniany brat. Schylił się więc i wyciągnął rękę. Zaraz cofnął ją jednakże, klnąc w myślach najsiarczyściej jak tylko potrafił. To pewnie szpieg Aleksisa. Obserwował go wszędzie, wiedział, że Mork ma go w garści i pocznie wypędzać go powoli, dyskretnie, acz z takim miłym pchnięciem i namaszczeniem jakie trzeba nadać kupie aby wreszcie wyskoczyła i wylądowała w wychodku. Teraz jednak, gdy Zbawiciel Ludzkości w liczbie jeden podróżował na pohybel tego barana wiedział, iż jego plan jest idealny. Aleksis musi sikać po gaciach nie wiedząc co zrobić na tak otwartą zapowiedź ataku. Cudownego, pełnego strzał i mieczy ataku. Trzeba było zdobyć jedynie jeden komponent. Dużą ilość muczących, gryzących trawę, fioletowych potworów z piekieł. Krów. To słowo wybrzmiało w głowie Morka niczym omen. Te straszliwe, zajadłe machiny zagłady były niczym więcej jak kolejną straszliwą bronią w arsenale Najpiękniejszego i Najodważniejszego. Wiedział, że jeśli ich użyje Aleksis będzie musiał uciekać. Nic już go nie powstrzyma. Pozwolił twarzy na lekki uśmiech. Pierwszy gest jaki wykonał podczas pobytu w Minaloit który nie był niezbędny. Cóż za burżuazja z jego strony. Powinien się pohamować a jednak teraz uśmiechał się pełną gębą. Jednakże, świt już niedługo, zaraz przecie, a on musiał jeszcze załatwić pewne sprawy. Dotarł więc wreszcie do rynku. Skulił się zawżdy, jakby go kto uderzył. Nie chciał aby ktokolwiek go przyuważył na tym daszeczku. Następnie poszedł do skraju i począł się przyglądać. Patrzał to w prawo, to w lewo. Tak skulony, że niemal leżał. Pierwsze wozy wjeżdżały właśnie na teren krągłego jarmarku. I krowy. Pasterze ze stadami krów wprowadzanych na obrzeża. Idealnie, idealnie. Począł przyglądać się tym pomiotom szatana, tej śmierci skopyconej. Kurwa ich mać. Musiał wiedzieć gdzie jest największe stado i gdzie mógłby się ukryć. Ukryć przed wzrokiem gapiów, tych słabych małych ludzi na dole którzy widząc burzenie ich zadufanego w sobie świata próbowaliby przeszkadzać. Nie mógł na to pozwolić. Bowiem to on był Mork!
Obecnie ta lokacja jest pusta.
Awatar użytkownika
Vereomil
Posty: 378
Rejestracja: 13 gru 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Karczma Pod Bezgłową Damą
Discord: Vere#6712
GG: 46500292
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2524

17 mar 2013, 00:44

Młody elf ciągle podążał za stworem nie przestając go obserwować. Pomimo, że był bardzo ciekaw czym… lub kim w istocie jest to stworzenie to w żaden sposób nie mógł do tego dojść. Pozostało mu jedynie śledzenie go do czasu, aż uda mu się czegoś dowiedzieć. Tak czy owak "coś" zatrzymało się przed rynkiem. Vereomil nawet widząc stwora na oczy nie mógł uwierzyć, że może ot tak istnieć, biegać po dachach i wciskać różności w gardziele strażników. To przecież niesłychane! Pierwszy raz młodzieniec widział na oczy coś tak wyjątkowy i nadal nie mógł wyjść z zachwytu. Ekscytacja nie dawała mu spać. W końcu nawet wierny towarzysz zasnął na jego ramieniu, lecz jego właściciel nie poczuł jeszcze zmęczenia. Nie mógł zaprzepaścić szansy na nową, ciekawą piosnkę, a zapowiadało się, że materiał właśnie na taki utwór znajdzie w tym miejscu, o tym czasie, a całym podmiotem i źródłem zamieszania będzie właśnie… to coś-biegające-po-dachach. Gdyby nie poświęcał się dla sztuki byłby jedynie podrzędnym grajkiem, a z pewnością nim nie był! Był kimś o wiele większym! Dlatego właśnie nie zamierzał się poddawać jedynie przez trud wędrówki do miasta i nieprzespaną noc. Przecież to niedorzeczne!

Przystanął kilka metrów od stwora. Nie było to specjalnie trudne zważając na to, że to coś siedziało na dachu i nie wyglądało, by miało zejść w najbliższym czasie. Nagle zniknęło mu z oczu, jednak nie widział, by gdzieś szło, więc zapewne jedynie przycupnęło. Vereomil ściągnął z pleców lutnie i oparł się o ścianę budynku, który stał po przeciwnej stronie ulicy, przy której leżała budowla, na której siedziało to stworzenie. Spodziewając się, że będzie miał dużo czasu postanowił zająć czymś ręce. Rozpoczął strojenie instrumentu. Jak zawsze – rozstroiło się, więc było to dobrym, pożytecznym sposobem wypełnienia czasu. Zresztą czekanie specjalnie mu nie wadziło. Zdarzało się, że czekał godzinami, by ujrzeć zaskakujący, ciekawy obrót sprawy, by potem to opisać i śpiewać w okolicznych wioskach, by mieć za co żyć. Przypomniała mu się jedna z pierwszych ballad, które napisał, kiedy jeszcze był w Varti. To było… O krowie… O koniu… A! "O kózce co grzmotnęła babę w ryja". Nie była to specjalnie piękna pieśń, lecz niewiele od niego można było wtedy wymagać. Uczył się języka od prostego ludu, a i tak więcej czasu spędzał na polowaniu i grze na lutni. Dopiero pod czujnym okiem Mefila miał szansę nauczyć się poprawnego języka. Pamiętał jednak te czasy jako jedne z najpiękniejszych. Mieszkając u Stefa nie musiał się martwić o jedzenie czy miejsce do spania. Nie musiał też czuć się winny, bo pomagał w pracy swojego gospodarza. Wtedy czas płynął tak beztrosko… Nie to co teraz. Teraz już wszystko przeminęło. Na wspomnienie dawnych czasów zaczął pogwizdywać skoczną melodię wcześniej wspomnianej piosnki.

"Lecz na nic ten trud, pot i znój,
bo i tak wpadła w gnój…"

Ostatnie słowa pieśni najlepiej przetarły mu się w pamięci. Oczywiście – pamiętał cały tekst, lecz te słowa może nie miały dla niego większej wartości, ale niosły ze sobą pewne… jakby przesłanie. Nadal oczekiwał kolejnego ruchu dachowego stwora. Miał nadzieję, że wyniknie z tego coś naprawdę wielkiego, co będzie znane przez co najmniej kilka stuleci.

Awatar użytkownika
Breiva
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

18 mar 2013, 18:09

MG


Miasto zaczyna się tam, gdzie cywilizacja.
Kiedy wychodki zaczynają zastępować zwykłą dziurę w ziemi, to już to zakrawa na miasto. Kiedy, miast brodzić w błocie po kostki, twoje ciżmy dostojnie człapią po bruku, to masz prawo twierdzić, że jesteś w mieście. A nade wszystko, jeśli po owym bruku snują się niby smród po nogawicach strażnicy miejscy, zaś na sobie, zdaje się, wciąż czujesz palące, karzące spojrzenie Władnego… to jesteś wtedy w mieście.
Minaloit było miastem. Jak każde takie, musiało mieć rynek. Bo człowiek musi mieć gdzie żreć, więc ma karczmę. Musi gdzieś zaiwaniać od świtu do zmierzchu, toteż ma kopalnie i kramy. Musi gdzieś wydawać ciężko zarobione krwawicą grosze, toteż postawiono mu burdel. A kiedy już nie ma siły, wtedy resztę pieniędzy wydaje na zgoła niepotrzebne bibeloty, tudzież żarcie. I właśnie dlatego w Minaloit postawiono rynek.
Ba! Postawiono to zbyt ciężkie słowo. Rynek bowiem, zdaje się, rozrósł się sam, na wszystkie strony, za naturalne epicentrum obierając ratusz. Jak chora narośl na owrzodzonym pysku miasta puchł, tężał i, w godzinach szczytu, niemożebnie śmierdział.
Godzin szczytu nie było. Ale i tak ludzi cisnęło się co nie miara, przelewając się kotłującą falą i co chwilę stanowczo zasłaniając Morkowi widok. Garnęli się we wszystkie strony, wrzeszcząc, klnąc i pokrzykując.
Ktoś napluł Morkowi przez przypadek na głowę i zniknął w tłumie. Pachniało krowim i końskim nawozem.
– PREEEECLEEE! – darła się przekupka, wlazłszy na solidną beczkę, najpewniej pełną precli. – PREEECLEE, ŚWIEŻUTKIE PREEEECLE…! Dwa ory za sztukę! PREEECLE NAJLEPSZE W MIEŚCIE, PREEECLEEE…!
– Panie, zgubiliście się? – zagadnęła jakaś dziewczyna o wyglądzie może nie tyle właściwym dla kurwiszcza, co zwyczajnie niezbyt przystojnym. Twarz miała owszem, całkiem udaną, wyłączywszy dzioby po ospie i uśmiech szczerbaty jak sczerniały płot po przejeździe kawalerii. Z szerokiego dekoltu wypływały nawet zgrabne, mocno ściśnięte stanikiem piersi. – Ja pomogę, panie…
Ano rynek. Sprzedadzą ci wszystko, grzyby, jak widać, też.
– Won, kurwo! – wrzasnęła ochryple jakaś przekupka, chyba handlująca serami. A przynajmniej wionęło od niej intensywnym zapachem niezbyt świeżego sera. – Że to pan Bentrum pozwala takiemu ścierwu…! Won!
Mork mógł potwierdzić przynajmniej jedno – nie tylko on miał pewne "ale" wobec osoby pana burmistrza.
– Kupicie, panie, precla?
– Prosiak jak marzenie!
– Korzec pierza dwie monety srebrne!
-… Krowa najprzedniejsza! – przez wrzawę przebił się ochrypły, podpity baryton o całkiem przyjemnym brzmieniu, jak na coś, co najpewniej wypadło z krtani brudnego chłopa z gnojem na łydkach. – Wierę, lepszej nie znajdziecie! Mili państwo! Krowa! Krasula!
Awatar użytkownika
Mork
Posty: 90
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:57
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2493

19 mar 2013, 22:14

To była czeluść. Wszędzie istoty nie z tego świata, rzucające się na wszystkie strony w chorym tańcu. Demony, pierdolone demony. Niebotyczne ognie skaczące do nieba, wybuchające gejzery wszędzie wokół. Poskręcane postaci przyskakujące do siebie i krzyczące na siebie, stwarzające pozory wielkiej walki, potyczki na głosy. Potwory niosące jakieś dziwaczne bronie, pewnie do potyczek lub innych chorych perwersji jakim z lubością oddawały się tutaj. Jakaś demonica darła się niebotycznie chcąc sprzedać kajdany wyglądające niczym precle. Wydawało się to tak perwersyjnie chore, iż Morkowi na chwilę przyśniło się związanie Aleksisa takim czymś. Szybko jednak odrzucił tę myśl. Miał misję, cel. Był wybawicielem. Stawał ponad tymi potworami, wysoko, na piedestale. Mogły mu tylko pozazdrościć. Głowię miał wysoko wzniesioną, ku gwiazdom.

Jednakże ktoś go zaczepił. Jakiś demoniczny pomiot z cyckami wielkości głowy. Szczerzył się do niego chcąc pewnie wyłudzić od niego perwersyjne pieprzenie. Nie mógł się na to zgodzić. Starał się zignorować potworę. Przemówiło drugi raz. Chciało mu pomóc. Niech lepiej samo sobie pomoże idąc od wybawiciela precz. Inny potwór zaryczał. Miał wielkie cyce i jeszcze większą psią mordę. Waliło od niego starą stopą oraz fekaliami. Mork ujeździłby takiego gdyby był mu potrzebny. Ten potwór zaciekawił go. Jednoznacznie wskazał na nienawiść do Bentruma. To dobrze, tym więcej popleczników dla jego władzy. Począł kochać to zapomniane przez prawość miejsce. Przechadzał się niczym pan, ze spokojem i mądrością. Miał gdzieś te wszystkie krzyki wokół.

Wtem usłyszał jego. Tego którego poszukiwał. Najbardziej zszarganego umysłowo, najbardziej przebiegłego i niezwykłego sprzedawcę dusz. Sprzedawcę krów. Tego który nie bał się śmierci i poszukiwał jedynie zarobku. Potwora w ludzkiej skórze. Podszedł powolnym krokiem opiewając majestatem cały ten zasrany kawałek miasta. Przyjrzał się rogatemu. Miał wielkie czarne skrzydła, rogi wielkości krowiego wymiona oraz czarną skórę. Wyglądał przerażająco. Jednak zbawca ludzkości nie bał się go. Rozejrzał się jedynie gdzie dokładnie stoją wszystkie krowy. Musiał wiedzieć o niemal każdej. Gdzie stoi, jak daleko jest od innej, czy stoją w jednym miejscu czy też w różnych. Czy jest to jedna zwarta kupa czy też są w pewnej odległości. Gdy się tego dowie przygładzi włosy i zastanowi się co dalej. Jeśli przynajmniej dziesięć krów stoi gdzieś razem wstrzyma się od działań. Jeśli mniej niż dziesięć podejdzie do sprzedawcy oczekując od niego przedstawienia ceny za krowy. Oczywiście nic nie powie. Niech się głupiec domyśla.
Awatar użytkownika
Breiva
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

23 mar 2013, 11:03

MG



Chłop umilkł w pół słowa. Czas najwyższy, bowiem dawno już zaczął chrypieć. Brzmiał teraz jak stara, zamkowa furta, na której dla zabawy uwiesiło się trollickie dziecko, by się pohuśtać. Niezbyt czysty jegomość z niedokładnie zeskrobanym z twarzy zarostem był ewidentnie pijany, ale patrzył nawet przytomnie. I, o dziwo, rozumnie.
– Kupicie krowę, panie? – zagadnął już cichszym, bardziej przyjemnym tonem. Nawet wyszczerzył połamane pieńki pożółkłych zębów w czymś, co od biedy można by nazwać uśmiechem. – Krasula najprzedniejsza. Tylko dwadzieścia suwerenów. Lepszej nie znajdziecie, panie.
Mork tymczasem zaczął się rozglądać. Starał się ustalić wszystko – ilość krów, położenie, wzajemne relacje wynikające z mniej lub bardziej wrogiego pomrukiwania, nawet umaszczenie i wielkość. Krów było, na pierwszy rzut oka, jakoś tak dwadzieścia. Rynek rządził się swoimi prawami i niemal każdy mógł handlować niemal wszystkim w niemal każdym miejscu, ale naturalnym się wydawało, że sprzedawcy inwentarza nie rozstawią swojego śmierdzącego, ruchliwego towaru w pobliżu wyrobów garmażeryjnych. Odwieczną siłą ciągu sprzedawców krów pchało akurat do sprzedawców krów. Łatwiej było powymieniać się uwagami, ukradkiem ocenić jakość własnej krówki na tle innych, skląć innego hodowcę, lub zwyczajnie stanąć i być dumnym z tego, jak pięknie krasula wygląda na tle motłochu.
Krów zatem było blisko dwadzieścia. Mniej lub bardziej nieregularnie skupionych, chłoszczących się ogonami po bokach, brodzących racicami w rozpaćkanym błocie pośniegowym. Niektórzy z bogatych chłopów przywiedli po kilka, większość jednak hołubiła jedną, wypieszczoną krówkę, trzymając ją na postronku. Jeden czy tam drugi operatywny nawet postawił na straży krówska córkę, zapewne w celach uatrakcyjnienia handlu.
– Tam nie patrzcie, panie – poradził życzliwie chłop od "krasuli najprzedniejszej". – Ten ciul chędożony to kiep i moczymorda. Krowa kuleje, sam żem widział, jak bogów kocham! Zeszłej jesieni to mu krowa na paskudziec zemrzała. Tam nie kupujcie. Moja najprzedniejsza.
I począł zachęcającymi gestami wskazywać swoją podopieczną. Zaś obiekt superlatyw chłopa stał spokojnie, niekiedy przestępując z nogi na nogę i mrugając wielkimi, łzawymi ślepiami. U szyi miała uwieszony mały, brązowy dzwoneczek.
– To co, bierzecie, panie? – zachęcał chłop. Zwierzęta się darły. Jakaś krowa, czując najwyraźniej potrzebę ruchu, poczłapała przed siebie, nadepnąwszy przy tym Morkowi na stopę. Zaraz potem został potrącony przez małego, chudego chłopca ściskającego pod pachami klatki z ptactwem. Gdakały gęsi, kury, kaczki, indyki, beczały barany, owce w tępym amoku obijały się od siebie i takoż beczały. Ktoś nawet niósł na handel, z przyczyn niewiadomych, bociana.
Szlag wie, skąd go wziął o tej porze roku. To jeszcze nie pora.
Jeden wielki jazgot. Chaos.
Śmiech.
I Mork pośrodku.
Awatar użytkownika
Zeler
Posty: 153
Rejestracja: 29 gru 2012, 00:05
GG: 45832037
Karta Postaci: viewtopic.php?p=39092#39092

24 mar 2013, 02:27

Rynek. Miejsce, które zawsze tętni życiem, niezależnie czy znajduje się on w małym, górskim miasteczku czy też w wielkiej metropolii. W takim miejscu zawsze panuje zgiełk powodowany przez wszelkiego rodzaju kupców, nie-kupców i innych kanciarzy. Z pewnością nie było to miejsce, w którym osoba pokroju Zelera chciałaby spędzać wolny czas, ale co poradzić, jeśli jest się w zupełnie nowym dla siebie miejscu, w dodatku z niemalże pustą sakiewką? Udać się w miejsce wszechobecnego handlu naturalnie, co też nasz zielonooki awanturnik uczynił.

O tej porze dnia, okrągły rynek był szczególnie zapełniony ludźmi. Handlarze bezustannie przekrzykiwali się, starając opchnąć jak najdrożej swój towar, komu tylko popadnie. Niestety, Zeler miał zupełnie gdzieś krowy, bociany i inne zwierzaki. To, czego poszukiwał, było niskie, brodate i często pijane. Chodziło oczywiście o krasnoludy. Kto inny zna się na kowalstwie i innego rodzaju rzemiośle, jeśli nie krasnoludy? Przepychał się przez tłum, co przy tym, iż wystawał wysoko poza resztę ludzi nie sprawiało mu dużego problemu. Z drugiej strony, wypatrywanie niskich brodaczy było raczej trudne, gdy są oni schowani pomiędzy znacznie większe od siebie osoby.

Sprawnie przemieszczając się przez tłum, w końcu natrafił na przeszkodę. Był nią białowłosy elf, niższy od niego o niemal całą głowę. Starał się go wyminąć, jednak ten, jak na złość stał w bezruchu, ani myśląc o tym, aby się przesunąć. Zeler, nie będąc osobą cierpliwą, silnie pchnął elfa barkiem.

-Pieprzony szyszkojad. – warknął jakby sam do siebie, a po części do elfa. Irytowały go takie sytuacje. Teraz liczyła się dla niego każda chwila, a czekanie aż ktoś łaskawie się przesunie było marnotrawieniem czasu, na co nie miał zamiaru sobie pozwolić. Kontynuując swoje przedzieranie się przez tłum, uważnie wypatrywał "dziur" w tłumie, które oznaczałyby, iż właśnie tam stoi krasnolud, lub może i grupka. Nie ograniczał się jednak do tego. Przeczesując wzrokiem cały rynek, szukał również straganów z bronią, która musiała pochodzić z krasnoludzkich warsztatów.

Awatar użytkownika
Vereomil
Posty: 378
Rejestracja: 13 gru 2012, 20:04
Lokalizacja postaci: Karczma Pod Bezgłową Damą
Discord: Vere#6712
GG: 46500292
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2524

24 mar 2013, 21:22

Obserwacja dziwnego stwora obserwacją dziwnego stwora, lecz Vereomil na śmierć zapomniał, że przecież jest na rynku pełnym przeciskających się ludzi i krasnoludów. Co robił tutaj chuderlawy, pustynny elf, który nie mógłby nawet przewrócić najsłabszego i najniższego, który się tutaj znajdował? Na pewno nie po to, by przeciskać się wśród innych. Nucąc piosnkę wpatrywał się w stwora, który z każdym momentem nie wydawał się bezmyślnym stworzeniem. Wszak jakie monstrum mogłoby obrać za cel chłopa sprzedającego bydło i jeszcze z nim rozmawiać? "Coś" mogłoby się co najwyżej rzucić się i rozszarpać sprzedawcę, a w tym wypadku to się nie stało.

Młody elf niespecjalnie zwracał uwagę na tłum. Nie chciał przeszkadzać innym i oczekiwał, że tamci zrobią to samo. Jednak się przeliczył. Obserwując podmiot przyszłej pieśni został pchnięty barkiem przez młodego mężczyznę. Jako, że nie był ulepiony ze zbyt twardej gliny to upadł na swoje blade cztery litery zwane wśród motłochu dupskiem. Było to trochę bolesne zważając na to, że ta część ciała, jak i cała reszta, nie była specjalnie tłusta. Dodatkowo dosłyszał co warknął ten niewychowany parszywiec! Oczywiście, wiedział, że nie powinien narażać się nikomu. Tym bardziej, jeśli go nie chcą jak wyraził to ten mężczyzna popychając go, lecz nie mógł się powstrzymać.

- Kurwi syn… – powiedział na tyle głośno, by ten parszywiec mógł usłyszeć.

Podniósł lutnię, która wypadła mu z rąk. Na szczęście nie stało się jej nic poważnego. Nie chcąc już jej więcej narażać założył ją sobie na plecy i otrzepał swój niespecjalnie honorowy koniec pleców.

Awatar użytkownika
Mork
Posty: 90
Rejestracja: 31 sty 2013, 17:57
Lokalizacja postaci: Kanały
Karta Postaci: viewtopic.php?t=2493

25 mar 2013, 18:51

Muzyka

Mork popatrzył. Bestyje ryczały, pluły kwasem i gryzły się wzajemnie. Były po prostu cudem pośród tego przybytku zła. Wielkie, roziskrzone oczy! Potworne paszcze czekające tylko na niewinną ofiarę. I on, tylko on, wybawca świata. Odwrócił się i wszedł w tłum. Pełnia demonów, doskonała zasłona. Oczy zaiskrzyły. Wiedział już co ma robić. To był jego moment, jego i tylko jego. Ale ktoś go obserwował. Jakieś boheny akurat przemierzały niebo. I jakiś dziwny sprzedawczyna niósł bociora. To była idealna okazja, gwar wokół był taki piękny. Ta cała roślinność pożerająca życie. Te wszystkie potworności ruchające się wzajemnie. Skupił się. Popatrzył na ratusz. Ocenił jak daleko jest, ocenił gdzie dokładnie ma zrzucić krowy. Dokładnie nad ratuszem. To był cud. Właśnie. Był cudotwórcą. Armią bogów w jednym. W jednym ciele, w jednym duchu. Tym najpiękniejszym i najodważniejszym. Cudowny, otaczający go chaos.

Patrzył z uwagą na skupisko krów. Wyobraził sobie z początku krówska na rynku. Zobrazował w myślach a następnie podpowiedział umysłowi, iż powinny być nad ratuszem. Zacisnął pięści, wiedział, że będzie musiał otworzyć największy krąg jaki tylko będzie w stanie– bez utraty przytomności. Zebrał w sobie całą kumulację mocy dostępnej w danej chwili. Czuł jak przepływa po nim energia. Wyglądała niczym malutkie kryształki zdolne przemieszczać się w dowolnej sekundzie na drugą stronę miasta. Ale nie robiły tego z niewiadomych dla niego przyczyn. Spływały jedynie ku jego rękom. Zawsze gdy miał zrobić coś naprawdę wielkiego czuł dziwne mrowienie. Ćmy które zwykły opływać jego płacz poczęły teraz zmieniać się w wielobarwne motyle. Robiły to zawsze gdy skupiał takie skupisko mocy. Żyły zdawały się kipieć energią, przepływ był niesamowity.

Otworzył go. Portal, dokładnie pod nogami największego skupiska krów. Największy jaki potrafił. Cudowny, wielki portal. Druga część otwarta była nad ratuszem, około pięciu metrów. Krowy poczną spadać z nieba i roztrzaskiwać się na dachu. To będzie niczym cudowny sen. Te potwory atakujące siedlisko Aleksa. Koszmar jakiemu mogło ulec jego miasto. A potem wyzwolenie, powrót boga na piedestał. Mork, największy z największych. Począł powoli przechadzać się rynkiem patrząc na krowy. Udając przerażonego patrzył jak wsiąkają w podłoże, w niemal czarną dziurę pod własnymi stopami. Jak muczą w agonii pojawiając się nad ratuszem. Słysząc pierwsze uderzające ciała lekko przekrzywił głowę. Gdy tylko ostatnia krowa zniknęła w portalu odwrócił głowę by popatrzeć na ratusz. Napawał się widokiem swego dzieła. Tak bardzo kochał czynić dobro. Był takim dobrym bogiem. Udawał jednakże zdziwionego i przerażonego. Nie mógł się wydać przed tymi wszystkimi demonami. Rozszarpały by go, największego z największych. Czeluść nie jest dobrym miejscem dla bogów..

Awatar użytkownika
Infi
Kontakt:
Posty: 3805
Rejestracja: 01 wrz 2011, 19:59
Lokalizacja postaci: Trakt Południowy
Discord: Infi
GG: 12763543
Karta Postaci: viewtopic.php?t=638

29 mar 2013, 04:05

MG

Różnych szaleńców nosiła ziemia Autonomii Wolenvain. Idea, z którą zakładano to państwo mówiła jasno o bezwzględnej tolerancji rasowej, wzajemnej pomocy i poszanowaniu poglądów. Inna sprawa, że w dobie dominacji ludzi na tych terenach ten szczytny zamysł nieco się rozmył – wystarczy wspomnieć niesławne Krwawe Jastrzębie czy znaną niewielu Kapitułę, nieistniejące obecnie, czysto rasistowskie stowarzyszenia. Napięcie w kraju rosło na wielu płaszczyznach. Zapewne tylko dlatego działaniom Morka nikt nie przyklasnął. Nie, żeby były one szczególnie nieakceptowalne – wszak otwieranie wielkich, magicznych portali na środku rynku niewielkiej mieściny nie było niczym niezwykłym, prawda?

Na moment przed związaniem się zaklęcia Mork odzyskał chwilową jasność umysłu. To, co jeszcze niedawno brał za stado krów, okazało się być zupełnie czymś innym. Och, oczywiście – kilka krasul rzeczywiście stało na niewielkim ryneczku otaczającym ratusz miasta. Konkretnie dwie. Zdesperowany chłop, który je tutaj przyprowadził, widocznie nie miał niczego do stracenia. Sypał cenami jak z rękawa i machał swymi pordzewiałymi widłami, żądając sobie niemałej fortuny za swój wychudzony inwentarz.

Po ciężkiej zimie wiele rodzin z dolin przymierało głodem, przemieszczając się w inne rejony za chlebem. Niewielu jednak wybierało Minaloit za cel swej migracji. Przedwiośnie było porą roku, w której szlaki górskie były niezwykle ciężkie do przebycia. Topiący się śnieg sprawiał, że rozmokłe, tak czy inaczej cienkie nitki traktów stawały się jeszcze bardziej zdradliwe. Spokojne w inne pory roku strumienie rwały ostro jak nigdy, niezdatne do przebycia. Ten konkretny hodowca musiał być istnym herosem swoich czasów. Kotlina, w której leżało Minaloit, została tego dnia zasilona dwoma wymizerowanymi krówskami, na które nikt, poza dziećmi, nie zwracał większej uwagi. Komu były potrzebne krowy w miejscu, gdzie nie da rady ich wykarmić?

Sam rynek nie był tak zaludniony, jakby się choremu Morkowi mogło wydawać. Prawdą było, że ilość krasnoludzkiej braci człapiącej niczym wyznawcy zapomnianego boga wokół ratusza szła w setki, jednak niewielu z nich było zainteresowanych handlem, szczególnie zwierzęcym, toteż tłok wokół sprzedawcy krów praktycznie nie występował. Sprzedawały się przede wszystkim najpotrzebniejsze towary – jedzenie, narzędzia, ubrania… Przy stoiskach piekarzy i krawców było o wiele więcej potencjalnych klientów.

Wbrew pozorom nigdzie nie było widać kurtyzan. Krasnoludy nie reflektowały na towarzystwo dam lekkich obyczajów, podobnie jak zmęczona życiem ludzka część obywateli mieściny. Górnicy, strażnicy i niewielka liczba pozostałych po Zarazie mieszczan miała lepsze pomysły na ulokowanie swych pieniędzy, a lokalna szlachta w osobie namiestnika Devonhilda Jamiga i jego współpracowników za tego typu potrzebami udawała się w miejsca zgoła oddalone – do Derinu czy nawet Wolenvain.

Niebieskooki świr był widoczny jak na dłoni. Wśród tłumku niskich krasnoludów i rzadko kiedy dorównujących mu wzrostem ludzi każdy mógł doskonale przyjrzeć się Morkowi. A on… Nie silił się na ukrywanie swych zamiarów. Wokół długowłosego podniosły się krzyki. Magia zdecydowanie nie była popularna wśród prostych, stanowiących większą część mieszkańców Minaloit, brodaczy. Właściwie, wykazywali oni ponadprzeciętną niechęć do wszelkich przejawów czarodziejstwa poza zaklinaniem i magią runiczną, z którą tak czy inaczej obcowali niezwykle rzadko. Zanim jednak ktokolwiek zdążył zareagować inaczej jak tylko wydzieraniem się, zaklęcie było gotowe.

Portal otworzył się pod nogami sprzedawcy krów, pochłaniając go natychmiast. Jedno z jego zwierząt odbiegło tak szybko, jak pozwalały mu na to opatrzone racicami, chude nóżki. Drugie, to mniej bystre, błyskawicznie podążyło za swym panem… Podobnie zresztą jak wszyscy znajdujący się w pobliżu sprzedawcy i kupujący. W rozstępującą się, pulsującą białoniebieską energią, idealnie okrągłą rozpadlinę wpadło kilku krasnoludów, kram sprzedawcy pstrągów, gruba przekupka i prawie pół tuzina dzieci. Mork poczuł, jak uginają się pod nim kolana, a zaklęcie wymyka się spod kontroli. Teraz to ono przejęło dowództwo, posiłkując się zarówno jego energią, jak i siłami witalnymi. Zanim jego oczy całkowicie zaszyły się mgłą, szaleniec zobaczył jeszcze wypadającą z drugiego, o wiele mniejszego i umieszczonego nad ratuszem portalu krowę. Wtedy ktoś przypieprzył mu styliskiem młota prosto w potylicę, uciekając szybko przed rozrastającym się ciągle efektem zaklęcia. Mork upadł prosto na skraj wytworzonej przez siebie wyrwy w strukturze tego świata. Portal zassał go, na ułamek sekundy zmienił kolor na czysto sraczkowaty i pękł z hukiem niczym ogromna bańka mydlana, zakańczając swe istnienie.

Przednia połowa drugiej, jeszcze nie tak dawno uciekającej krowy zamuczała smętnie po raz ostatni, brocząc treścią żołądkową na minaloicki bruk. Gdzieś obok leżał krasnolud z odciętymi przez zamykający się portal stopami, obserwując własne, spadające na siedzibę władz kamasze. Krzyk, jaki opanował całe miasto zamarł na chwilę, gdy wszystkie wchłonięte przez zaklęcie Morka przedmioty i istoty spadły na dach domu burmistrza. Sam prowodyr śmiał się mimo woli, lecąc na spotkanie z upatrzoną wcześniej dachówką.

//Mork – z/t do Prywatnych komnat, gdzie jeszcze w tym cyklu dwudziestoczterogodzinnym opisana zostanie dalsza część dotyczącej Twojej postaci akcji. Proszę MG Breivę o dalsze poprowadzenie rynku.
Awatar użytkownika
Breiva
Posty: 264
Rejestracja: 03 gru 2012, 14:18
GG: 37377517
Karta Postaci: viewtopic.php?p=37917#37917

02 kwie 2013, 21:40

MG


Ciężko było powiedzieć, czy którykolwiek z mieszkańców Minaloit, tudzież zwykłych wędrowców przebywających w mieścinie miał kiedykolwiek do czynienia z trąbą powietrzną. Tego, zda się, nigdy i nikt się nie dowie. Niemniej jednak zamęt na rynku dało się wytłumaczyć w ten sposób najłatwiej. Starczy rzec: "Jak po przejściu trąby powietrznej, kurwa".

Gdy Mork otwierał na samym środku rynku portal, nie spodziewał się, że moc wyślizgnie mu się z rąk. Jak narowista chabeta wyrwie cugle, zarży pełnym głosem i pobiegnie na łeb, na szyję, zrzucając idiotę z siodła. Akurat słowo "zrzucając" jest tu nader trafne, bowiem portal, lubo zainteresowany wsysaniem fauny, flory i substancji nieżywej, bliżej zaciekawił się też samym Morkiem. Koniec końców prowodyr całego zamieszania sam został wsiorbany we własne przejście. Zaiste, wybitnie alegorycznie.

Sam żeś nawarzył piwa, to teraz chlej.

Mork wpadł w swoje własne gówno. Szkoda tylko, że razem z nim wpadł inwentarz żywy, kilka sztuk krasnoludów (w różnych stadiach rozczłonkowania), dzieci, grube baby i elementy nieożywione. Oraz… Vereomil. Elf miał nieszczęścia stać zbyt blisko, krawędź portalu zamigotała mu pod stopami. Zachwiał się, przez nieznośnie długą chwilę balansował i runął w dół.

Na placu pozostał chaos. Oszołomieni ludzie. Pół wyjącego wniebogłosy krasnoluda. Matki połkniętych przez portal dzieci. Zeler. Oraz koń.

Roli konia wręcz nie dało się tu przecenić. Zwierzę bowiem, rozumne na tyle, by nie stać przy swoim wozie i uciekać, gdzie pieprz rośnie, spięło się w sobie i wyłamało dyszel wozu. Pojazd zdążył już trafić szlag. Koń zaś galopem pognał przed siebie, targając za sobą ów nieszczęsny dyszel.

Koń Zelera wyminął.

Dyszel już nie bardzo.

Drewniana konstrukcja zaczepiła mężczyznę w pół i pociągnęła za sobą przez dobre kilka metrów, z impetem miażdżąc mu żebra. Uwolnił się dopiero wtedy, gdy koń z pewnych przyczyn infrastrukturalnych musiał skręcić, a z nim skręcił i sam dyszel. Zeler poleciał jak wór kartofli i ciężko grzmotnął o ziemię, wypluwając przy tym solidną strugę krwi. Miecz wciąż trzymał mu się na plecach, jelec niewygodnie wbijał się w okolice łopatki. Sakwa natomiast odpadła przy upadaniu i leżała teraz kilka kroków dalej w stanie poniewierki. Niemniej jednak Zeler żył i uniknął wciągnięcia przez portal. O nieszczęsnym pustynnym elfie nie dało się tego powiedzieć, przynajmniej jeśli chodzi o kwestię "wciągnięcia".

Co się zaś "życia" tyczy, nie dało się tego powiedzieć o bocianie. Bocian bowiem, rozkoszne stworzenie zajmujące ściśle przestrzeń ciasnej, spróchniałej klatki, wyjątkowo okazał się nie być imaginacją chorej wyobraźni Morka. Przeciwnie. Był tak bardzo realny, że bardziej się już nie dało. Bardzo realnie trzaskał skrzydłami o pręty więzienia, wyraźnie wkurzony wrzaskami motłochu, zamieszaniem, krzykami i płaczem. Jakieś przebiegające dziecko potrąciło klatkę, co tylko ułatwiło mu ucieczkę.

Prosto pod zabłocone kopyta jakiejś kobiety. Ptak wydał z siebie zduszone kaszlnięcie i padł, rozkładając szeroko skrzydła. Zaraz zostały przydepnięte przez kilka par mniej lub bardziej znoszonych ciżemek. Finalny cios zadał ciężki, solidny bucior, zgniótłszy bocianowi czaszkę.

Wywieszony, sinawy jęzor lizał brudny bruk, jakby próbował wytrzeć rynek z własnej krwi i płynu mózgowego.

Dokładnie tak samo wyglądał rynek.

Rozdeptany, rozorany, krwawy i pogrążony w chaosie.




Zeler – masz połamane żebra i jesteś trochę potłuczony, ale żyjesz. Vereomil wpada do portalu.

Wróć do „Minaloit”

Kto jest online

Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość

Zarejestruj się · ZALOGUJ


Jest 22 użytkowników online :: 1 zarejestrowany, 0 ukrytych i 21 gości
Zarejestrowani użytkownicy: Rakczadra
Liczba postów: 52244
Liczba tematów: 2978
Liczba użytkowników: 1050
Ostatnio zarejestrowany użytkownik: Landis
Nikt dzisiaj nie obchodzi urodzin

Discord – czat głosowy

Uwaga – lista osób rozmawiających głosowo nie aktualizuje się na bieżąco. Konieczne jest odświeżenie strony.